Drugi dzień na Malcie był dla nas oczywisty - musimy koniecznie popłynąć na sąsiednią wyspę Comino i, jeśli starczy czasu, na Gozo. Ruszyliśmy zatem autobusem spod naszego hotelu do portu, by tam wykupić rejs właśnie na Comino. Udało nam się ustrzelić pakiet na jednym bilecie - po dopłynięciu do Comino mogliśmy o dowolnej porze wsiąść na kolejką łódkę i popłynąć na Gozo, a potem wrócić promem bezpośrednio na Maltę. I tak też zrobiliśmy.
W zasadzie nie wiedzieliśmy, czego dokładnie się spodziewać. Wiedziałam, że na Comino woda jest turkusowa i przejrzysta, ale to, co ujrzeliśmy, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Ale zacznijmy od początku.
Rejs motorówką, choć raczej nazwałabym to wyścigiem z czasem, przyprawił nas o zawroty głowy i wiatr we włosach. Dosłownie. Miotańsko konkretne i gdybyśmy się czegoś nie trzymali, jak nic znaleźlibyśmy się za burtą. Czy było warto? Owszem, kolejna niezapomniana przygoda! Oto pamiątkowe ujęcie: