Drugi dzień na Malcie był dla nas oczywisty - musimy koniecznie popłynąć na sąsiednią wyspę Comino i, jeśli starczy czasu, na Gozo. Ruszyliśmy zatem autobusem spod naszego hotelu do portu, by tam wykupić rejs właśnie na Comino. Udało nam się ustrzelić pakiet na jednym bilecie - po dopłynięciu do Comino mogliśmy o dowolnej porze wsiąść na kolejką łódkę i popłynąć na Gozo, a potem wrócić promem bezpośrednio na Maltę. I tak też zrobiliśmy.
W zasadzie nie wiedzieliśmy, czego dokładnie się spodziewać. Wiedziałam, że na Comino woda jest turkusowa i przejrzysta, ale to, co ujrzeliśmy, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Ale zacznijmy od początku.
Rejs motorówką, choć raczej nazwałabym to wyścigiem z czasem, przyprawił nas o zawroty głowy i wiatr we włosach. Dosłownie. Miotańsko konkretne i gdybyśmy się czegoś nie trzymali, jak nic znaleźlibyśmy się za burtą. Czy było warto? Owszem, kolejna niezapomniana przygoda! Oto pamiątkowe ujęcie:
Gdy skołowani opuściliśmy łódkę, rozpoczął się zachwyt. Po drodze trudno było "zwiedzać" okolicę, gdy walczyło się o życie, ale gdy emocje opadły, widoki zrobiły na nas niemałe wrażenie. Faktycznie, woda na Comino jest przezroczysta i turkusowa, a w kontraście ze skałami wygląda bajecznie.
Pozachwycawszy się widokami, zdecydowaliśmy się na spacer po wyspie dookoła. W plecaku dzierżyliśmy trunki i to nie byle jakie! Zresztą, na Malcie trafiliśmy na same ciekawe alkohole: likier z kaktusa, z figi, a nawet z karczochów, co było dla nas największym zaskoczeniem. Jak smakował? Tak sobie: jak ulepek z karczochem z octu, ale rozrzedzony bodajże tonikiem wchodził w krwiobieg jak marzenie.
Przycupnęliśmy na górce, upiliśmy parę łyków kaktusowego likieru i tak czilowaliśmy sobie na Comino, korzystając ze słoneczka, którego w Polsce w tym czasie nie dało się uraczyć.
Oczywiście po drodze nie obyło się bez gleby. Ech... Od tamtej pory każdy krok stawiam ostrożnie, tak na wszelki wypadek, żeby nie zbić butelek w plecaku ;)
Z Comino ruszyliśmy na wyspę Gozo, na której niestety mieliśmy zbyt mało czasu, by zobaczyć wszystko, co było na liście. Planowaliśmy odwiedzić kilka popularnych plaż, ale koniec końców pokręciliśmy się jedynie po miejscowości Mgarr, w której znajdował się nasz port, a potem ruszyliśmy do Victorii, czyli stolicy tej wyspy, gdzie zatrzymaliśmy się na kawkę i widoczki.
A potem wróciliśmy promem prosto na Maltę, w akompaniamencie zachodzącego słońca :)
No comments:
Post a Comment