ContactAbout usCooperationFAQ↑ Powrót do góry strony

13 September 2020

5.1 Sycylia, Katania: wielkie rozczarowanie Sycylią


Kierunek: Katania, Sycylia
Termin: 22-25.02.2020
Ekipa: Robert, Paweł i Kasia
Plan: Katania, Taormina/Syrakuzy, Etna
Motto podróży: "mniej oczywiste" często znaczy "lepsze"

Odstęp między wyjazdami był bardzo krótki i trochę się martwiliśmy, że będzie nam ciężko się zorganizować, zwłaszcza, że przed nami była jeszcze jedna wycieczka. Na szczęście klimat na wyjazdach miał być podobny, więc pakowanie mieliśmy ułatwione. Bagażu nie braliśmy zbyt dużo, bo ile rzeczy może być potrzebnych na takie trzy dni poza domem.

Nasz samolot wylądował w Katanii ok. 9:30. To świetna godzina, bo dzień można od razu zacząć od zwiedzania. Przed lotniskiem przywitał nas od razu widok na Etnę, która majestatycznie prężyła się w otoczeniu chmur. Gdy autobus dowiózł nas już do centrum Katanii, rozpoczęliśmy wędrówkę. Najpierw zahaczyliśmy o port z nadzieją, że zastaniemy tam piękny widok na wodę i malownicze łódki. Niestety na miejscu zobaczyliśmy tylko dużo różnych statków i surową okolicę, bez jakiegokolwiek konkretnego widoku. Przeszliśmy więc dalej, w kierunku Bazyliki Świętej Agaty, otoczonej palmami i ogólnie pojętą zielenią. Kolejny postój przy Fontana dell'Elefante oraz Basilica della Collegiata, gdzie mogliśmy rozkoszować się słońcem, którego w Polsce nam bardzo brakowało. Udało nam się także zobaczyć miejsce, o którym czytałam na różnych blogach, ale nie byłam pewna, czy będzie otwarte w czasie naszego pobytu. Mowa tutaj o targu rybnym pełnym świeżego towaru w ilości hurtowej. Targ, jak to targ, był gwarny, pełen intensywnych zapachów, ale można było na nim dostać dosłownie wszystko, na co miało się ochotę. Nie robiliśmy zdjęć - było tam bardzo tłoczno i woleliśmy trzymać wartościowe rzeczy blisko siebie. Żałowaliśmy, że nie widzieliśmy jeszcze mieszkania, w którym dane nam było nocować - gdybyśmy wiedzieli, że mamy tam kuchenkę/piekarnik, na pewno jakaś rybka powędrowałaby z nami do domu!


Jako, że było jeszcze dość wcześnie, większość knajpek była niestety pozamykana. Na nasze nieszczęście jedyną otwartą restauracją był... McDonald's, w którym zatrzymaliśmy się na szybką kanapkę, kawę i lody, by posilić się i ruszyć dalej. Wtedy też spróbowałam nietypowego połączenia kawy z lodami, co w konsystencji przypominało raczej bardzo gęstego shake'a. Był to mix kawy espresso z lodami pistacjowymi i, wbrew pozorom, wszedł niesamowicie! Jestem zdania, że będąc w innym kraju warto spróbować tamtejszych połączeń i smakołyków.
Po "śniadaniu" zaczęliśmy kierować się do mieszkania, które wynajęliśmy. Trasa prowadziła przez jeszcze kilka atrakcji, w tym ruiny Teatro Romano, umiejscowione dziwnie w centrum miasta, na którego szczątkach powstały budynki mieszkalne. Oczywiście obeszliśmy ruiny wzdłuż i wszerz, podziwiając architekturę sprzed kilku tysięcy lat.


Nasz domek nie znajdował się daleko od centrum miasta, jednak trzeba było przejść kawałek średnio ciekawymi uliczkami, bo wzbudzało pewne obawy związane z późnymi powrotami z wycieczek. Czekaliśmy na właściciela w małej knajpce obok mieszkania, w której niestety nikt nie mówił po angielsku i trudno było się dogadać (gdy chcieliśmy płacić, uprzejmy pan powtarzał tylko "no, no", chyba nie do końca świadomy, o co nam chodziło). Po szybkiej kawie odebraliśmy klucze i rozpakowaliśmy się w naszym lokum. Mieszkanie za trzy noce za trzy osoby wyniosło nas 90 euro, czyli ok. 400 zł, co daje ok. 45 zł za dobę za osobę. Cena, według mnie, bardzo niska, zwłaszcza, że standard mieszkania był naprawdę porządny.
Jako, że w Katanii zobaczyliśmy już to, co najważniejsze, wybraliśmy się do supermarketu na zakupy żywieniowe i oczywiście alkoholowe. Standardowo zakupiliśmy kilka rodzajów szynek, serów oraz win (starając się, by ich cena nie przekroczyła 3 euro :-P). Wtedy też Katania zrobiła na nas najgorsze wrażenie. Ulice były brudne, pełne śmieci, ogólnego syfu. Mimo pięknej pogody, spacer wcale nie był przyjemny. Kierowcy prowadzili swoje auta jak chcieli, jakby kompletnie nie zwracali uwagi na przepisy. Budynki były w opłakanym stanie, z pozdzieraną elewacją. Część z nich budowana była chyba prowizorycznie, tak, jakby ktoś na siłę próbował zapełnić puste miejsce na ziemi. Nie zakochaliśmy się w tym mieście, jednak coś potem sprawiło, że zyskaliśmy do niego bardzo dużo sympatii...

Nad wieczór przyszła pora na ciepły posiłek. Wyzerowane wino lub dwa wzmogło apetyt, a u Pawła senność. Zostawiwszy go w domu, wyszliśmy z Robertem w poszukiwaniu szamki, która przyszła bardzo szybko. Znaleźliśmy bowiem pizzerię, w której jedliśmy najlepsze pizze naszego życia. Nie dość, że wybór był bardzo duży, a ceny naprawdę przyzwoite, mogliśmy patrzeć, jak dana pizza jest przygotowywana. Kucharze nie skąpili na dodatkach, sypiąc ich całe garści. Cudowny zapach jedzenia roznosił się po okolicy, zapewne niejednemu pobudzając ślinianki. Ten lokal to Pizzeria Reale, znajdujący się na Via Plebiscito 705. Czekając na nasze zamówienie, dokupiliśmy jeszcze znane nam z Bergamo arancini, czyli ryżowe kulki z nadzieniem. I tak zaopatrzeni wróciliśmy do domu, nie mogąc się doczekać konsumpcji.

Comments