ContactAbout usCooperationFAQ↑ Powrót do góry strony

28 September 2020

5.2 Sycylia, Katania: zmiana planów i przepiękna Taormina


Drugi dzień naszej wycieczki miał wyglądać zupełnie inaczej. Zaplanowaliśmy, że pojedziemy na Etnę, kompletnie zapominając o tym, że jest niedziela, a autobus w tym kierunku jest tylko jeden, z samego rana (bodajże o 8:15 rano). Przybyliśmy na dworzec przed czasem, jednak okazało się, że autobus jest już prawie pełny, a przed nami była jeszcze kolejka ludzi. Oczywiście znaleźli się także panowie, którzy za "drobną" opłatą chcieli przewieźć nas na Etnę i z powrotem. Taki kurs w jedną stronę miał kosztować 25 euro za osobę, kiedy bus w obie strony kosztował... 6 euro! Oczywiście nie skorzystaliśmy z propozycji naganiaczy, tylko zaczęliśmy planować wycieczkę alternatywną. Nie wiem, czy problem tkwił w naszym nieogarnięciu czy w faktycznym kiepskim oznaczeniu dworca, ale przez około dwie godziny szukaliśmy miejsca, z którego odjeżdżają busy do pobliskich miasteczek. Skoro główny dworzec był widoczny z daleka, miał masę stanowisk autobusowych, a z drugiej jego strony odjeżdżały pociągi, wydawało nam się oczywiste, że znajdujemy się w dobrym miejscu. Nic bardziej mylnego! Okazało się, że trzeba przejść ok. 200-300 metrów dalej, w stronę miasta, by dojść do kolejnej części dworca, z której odjeżdża część autokarów. Prawie rzuciliśmy wszystko, planując już dzień na plaży, na szczęście w porę udało nam się zrobić krok do przodu w kierunku nowej wycieczki.

Ale nie mogło być zbyt łatwo i kolorowo.

Do wyboru mieliśmy dwa miasta - Syrakuzy oraz Taorminę. Oba fajnie byłoby odwiedzić, jednak czas nam na to nie pozwalał. Po krótkiej analizie, co jest bardziej opłacalne, zdecydowaliśmy się na Taorminę (bilety kosztowały nas 8 euro za osobę w dwie strony). Mieliśmy jeszcze ponad godzinę czekania na autobus, więc udaliśmy się do pobliskiej kawiarni, by wzmocnić się kawą i ciachem. Gdy godzina odjazdu autokaru była już coraz bliższa, przeszliśmy na dworzec, szybko odnajdując właściwe stanowisko. Ludzi było sporo, ale wydawało nam się, że bez problemu pomieścimy się w autokarze. I tu spotkało nas zaskoczenie. Nie dość, że autokar przyjechał spóźniony, powoli ładując ludzi na pokład, to jeszcze musieliśmy czekać, aż podstawią drugi pojazd, który zabierze pozostałych turystów z wykupionymi biletami. Byliśmy już zmęczeni czekaniem i chcieliśmy już usiąść i ruszyć w drogę. Na szczęście podstawienie drugiego autokaru wiązało się z większym luzem na pokładzie, dzięki czemu podróż minęła o wiele przyjemniej.

To była naprawdę wyjątkowa podróż. Początek trasy był nudny - wyjazd z miasta nie przysporzył zbyt ciekawych widoczków poza towarzyszącą przez cały czas Etną, natomiast gdy zaczęliśmy zbliżać się do Taorminy, robiło się coraz ciekawiej. Autokar jechał coraz wolniej ze względu na wysokość, na jaką próbował się wdrapać. Z daleka widzieliśmy miasto pobudowane na skale, które robiło wrażenie z takiej odległości, a co dopiero, gdy już faktycznie byliśmy na miejscu. Ulice były bardzo wąskie i kręte, a powolny przejazd tuż przy granicy drogi, z widokiem na przepaść, naprawdę podnosił adrenalinę.

Miasto było przepiękne. Wokół pełno kaktusów i palm, domy pobudowane na różnych piętrach skalnych, a z drugiej strony widok na morze. Gdy nasz autokar zaparkował, czym prędzej ruszyliśmy w górę miasta, by zakochać się w nim bez pamięci. Po drodze oczywiście zakupiliśmy magnes i karteczki, bo bez tego nie ma po co wracać do Polski. Ruszyliśmy w poszukiwaniu sklepu, w którym moglibyśmy kupić coś ciekawego do skonsumowania z widokiem na morze. Trafiliśmy jednak na sklepik z regionalnymi smakołykami i tak po raz pierwszy próbowaliśmy pasty pistacjowej, w której przepadłam i którą Robuś kupił w słoiczku do domu. Poza tym, nabył także Fuoco dell’Etna, czyli małą buteleczkę 70% czerwonego alkoholu (potem udało się spróbować - nie polecamy, pali okrutnie). Tak zaopatrzeni ruszyliśmy do sklepu, w którym udało się kupić (znów) kilka win i piw, by móc przycupnąć gdzieś i po prostu pogapić się na wodę.


Jak się okazało, zejść nad wodę nie było tak łatwo. Widzieliśmy jakąś kolejkę, którą można było zjechać na dół, ale niestety była nieczynna. Mogliśmy podjąć próbę zejścia pieszo, ale zapewne zajęłoby nam to bardzo dużo czasu (nie mówiąc już o wejściu z powrotem na górę). Na szczęście ratunek przyszedł szybko - znaleźliśmy ogródek z ławeczką, schowany pomiędzy krzaczorami, z którego wyłaniał się cudowny widok na morze. To miejsce było idealne.

Oczywiście nie obyło się bez przypałów (historię z wiadrem sobie podaruję). Wypiliśmy co mieliśmy, zjedliśmy wczorajsze arancini i przygotowane kanapki i powoli zaczęliśmy się zbierać. Zaszliśmy jeszcze do knajpy tuż przy ulicy, z widokiem na miasto i wodę, gdzie wypiliśmy piwko na odchodne i ruszyliśmy do autokaru. Podróż powrotną przespaliśmy, ale to nic - przynajmniej zleciała nam szybko i narobiła nam ochotę na pizzę z naszej ulubionej pizzerii...

Comments