Trzeciego dnia naszego pobytu na Sycylii udało się wsiąść do autobusu i ruszyć na Etnę. Jak pisałam w poprzednim poście, bilet kosztował 6 euro za osobę w dwie strony, a odjazd z dworca w Katanii był ok. godziny 8:15. To był poniedziałek, dlatego też autobus nie był pełny i nawet ucieszyliśmy się, że poprzedniego dnia nie udało nam się skorzystać z wycieczki.
Początek trasy był dość nudny - jak to wyjazd z miasta. Ale im bliżej Etny, tym robiło się ciekawiej. Droga powoli stawała się coraz bardziej kręta i górzysta, a widoki księżycowe. Pierwszym i jedynym przystankiem przed Etną był kilkunastominutowy postój w miasteczku położonym u podnóża wulkanu. Dobry moment na rozprostowanie kości, bo dalsza droga okazała się bardzo powolna. Łącznie z postojem, dotarcie do schroniska Rifugio Sapienza znajdującego się na wysokości 1900 metrów, zajęło nam ok. 2 godzin. Była to na pewno bardzo nietypowa podróż - ostatni odcinek przemierzaliśmy w otoczeniu czarnych skał wulkanicznych i małych kraterów. Wierzchołek wulkanu nie był już widoczny z tej perspektywy.
Gdy dojechaliśmy do schroniska i wysiedliśmy z autobusu, pierwsze, co zwróciło naszą uwagę, to ciepełko. Słońce grzało bardzo przyjemnie, co w pełni lata mogło być bardzo męczące - w końcu na wulkanie nie ma tak naprawdę żadnego cienia ani wiatru. Naczytałam się przed wyjazdem, że na Etnie ziemia jest bardzo ciepła, a w kraterach widać zielone placki siarki, której zapach unosi się dookoła. Nic z tych rzeczy nie jest prawdą. Zielono-żółte placki okazały się pojedynczymi kępami roślinności, a ziemia jest ciepła tylko dlatego, że jest czarna i przyciąga promienie słońca.
Kratery zrobiły na nas piorunujące wrażenie. To wszystko wygląda naprawdę księżycowo. Widok na zamglony krajobraz tylko potęguje doznanie, jakby było się na innej planecie.
Zwiedzanie zaczęliśmy od pobieżnego przejścia po budkach z pamiątkami, które przyciągają uwagę, jako że są to jedne z nielicznych budowli na wulkanie. W sezonie podobno jest ich więcej, tak jak i stanowisk z miodami. My trafiliśmy na tylko jeden samochód z pełnym wyposażeniem, w którym uprzejmy pan, tłumaczący nam smaki miodów w języku polskim, namówił nas na set miodków pistacjowych, cytrynowych, kasztanowych oraz kilka past z pistacji i migdałów. Zakup był rozsądny, bo kosztował zaledwie kilka euro, a małe słoiczki mogliśmy spokojnie przewieźć w bagażu podręcznym do spróbowania naszym bliskim.
Obkupieni i zadowoleni, ruszyliśmy w stronę kraterów, by przyjrzeć im się z bliska. Pojedyncze kamienie aż prosiły się, by na nich na chwilę przysiąść i porozkoszować się widokiem zamglonego miasta w oddali.
Nie obyło się bez gleby. Ale takiej konkretnej. Schodząc do krateru (z nadzieją na super fotki), kamienie osunęły mi się spod nóg powodując solidny upadek na dupsko, aż okulary zrobiły mi salto nad głową i wylądowały metr za mną. Na szczęście włączona kamerka wszystko udokumentowała... Jedyne, o czym myślałam podczas upadku, to żeby nie słuc tych win, które mam w plecaku... Na szczęście obyło się bez żadnych kontuzji i strat.
Żadne z nas nie jest typem sportowca, a po glebie na niewielkim zejściu z górki tym bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że piesza wędrówka w górę wulkanu to nie jest najlepszy pomysł. Owszem, dałoby się tam wejść, podejście było dość strome, ale jednak realne. Ale skoro buty zawiodły, obawiałam się, czy wrócę cała z wyprawy na wyższe piętro Etny. Były jeszcze dwie opcje transportu - wyciągiem, co kosztowałoby ok. 25 euro za osobę, lub jeepem, co kosztowałoby jeszcze więcej, ąż nawet nie chcę sprawdzać, ile. Zostaliśmy więc na wysokości schroniska i stamtąd obserwowaliśmy wulkan, zwiedzaliśmy okolicę, popijaliśmy wino i robiliśmy jak najwięcej ujęć kamerą.
Przed odjazdem zaszliśmy jeszcze raz do stoisk z pamiątkami, by zobaczyć, co ciekawego oferują turystom. Oczywiście większość pamiątek zawierała motyw Ojca Chrzestnego (z którego, swoją drogą, muzykę wykorzystaliśmy w filmiku na YouTube...). W jednym ze sklepików, pani dała nam na spróbowanie odrobiny ciekawego, czerwonego trunku (Fuoco dell'Etna) i... całe szczęście, że nie kupiliśmy tego cholerstwa więcej niż małą małpkę, bo to był chyba najmocniejszy alkohol, jaki miałam okazję spróbować. Paliło niemiłosiernie, mimo słodkiego posmaku. Udało się jednak kupić magnesik z kamieniem z Etny w kształcie wulkanu i parę pocztówek.
Na odchodne, kiedy już mieliśmy wsiadać do autobusu, Etna pożegnała się z nami małą erupcją. Z jej głównego krateru ulotnił się dym, a powietrze wokół przesiąknęło zapachem siarki. Co prawda nie były to fajerwerki, ale bardzo miłe zakończenie naszej podróży na Sycylię.
Co przywieźliśmy z Sycylii?
- pastę pistacjową i migdałową
- miód pistacjowy, cytrynowy i kasztanowy
- Fuoco dell’Etna
- pocztówki
- magnesy
- kawałek skały wulkanicznej
- siniaki
No comments:
Post a Comment