ContactAbout usCooperationFAQ↑ Powrót do góry strony

9 October 2020

6.1 Malta: klify, wiatr i dezynfekcja


Kierunek: Malta
Termin: 07-10.03.2020
Ekipa: Robert i Kasia
Plan: Malta, Comino i Gozo
Motto podróży: czarna wygrywa, czerwona przegrywa

Podczas gdy na świecie szalała epidemia koronawirusa, my na luzaczku pojechaliśmy na lotnisko na ostatni z planowanych lotów - tym razem na Maltę. Malta do tej pory wydawała nam się odległa i nierealna - rajska, kamienna wyspa zachwycała nas swoim urokiem już na widzianych w internecie zdjęciach, ale tak naprawdę nie wiedzieliśmy do końca, co czeka nas na miejscu. Niby plan wycieczki przygotowany był już wcześniej, ale mieliśmy świadomość, że w marcu wiele miejsc może być dla nas niedostępnych, a poza tym pogoda może nie rozpieszczać. To, co zastaliśmy na wyspie, całkiem przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania.

Poza kontrolnym sprawdzaniem temperatury oraz koniecznością wypełnienia formularza na pokładzie samolotu, lot nie różnił się niczym od poprzednich. Upłynął szybko i w miarę sprawnie. dostarczając nas całych i zdrowych na piękną wyspę Maltę. Na miejscu pogoda jakoś specjalnie nie rozpieszczała - przywitało nas zachmurzone niebo i drobne opady deszczu, ale co to za przeszkoda dla podróżników, którzy mają okazję po raz pierwszy ujrzeć urok wyspy? Plan był bardzo ogólny, chyba po raz pierwszy nie miałam rozpisanego od a do z gdzie i jak mamy dojechać. Na szczęście Malta jest naprawdę nieźle skomunikowana i autobusy docierają praktycznie wszędzie, z tym, że jak na tak niewielką wyspę przystało, jest ich niewiele i nieraz trzeba czekać dość długo na kolejny. Poza tym, autobusy jeżdżą niekoniecznie zgodnie z rozkładem i często się spóźniają, co też może utrudnić nieco transport po Malcie.
Wymyśliłam, że skoro mamy jeszcze masę czasu, zanim będziemy mogli zameldować się w hotelu, cały dzień poświęcimy na zwiedzanie południowej części Malty, skoro i tak stamtąd było najbliżej z lotniska, a hotel znajdował się w północno-zachodnim krańcu wyspy. Wsiedliśmy więc w autobus w kierunku miasta Żurrieq, które znajduje się tuż nad wodą. Tam miała się rozpocząć nasza piesza wędrówka. Ku mojemu zdziwieniu, przystanek okazał się być dosłownie tuż u wybrzeża wyspy (okolice wieży Wardija), gdzie otulił nas przyjemny, rześki wiatr i cudowny widok na morze i klify. Udaliśmy się szybko na kawę w tak pięknych okolicznościach natury, zakupiliśmy magnes i czym prędzej ruszyliśmy nad wodę.

Klify zrobiły na nas ogromne wrażenie, mimo że były oddalone. Nigdy przedtem nie widzieliśmy tak potężnych formacji, przez co nie mogliśmy przestać cykać fotek i robić ujęć. Widok był niesamowity, a deszcz wcale nam nie przeszkadzał.

Gdy wyszliśmy na drogę, którą mieliśmy kierować się do kolejnego punktu wycieczki, tak naprawdę przekonaliśmy się, jaka jest Malta: kamienista, to chyba najlepsze słowo. Drogi, dróżki i pola odgrodzone są murkami z wapiennych kamieni w jednakowym kolorze, dzięki czemu na wyspie króluje żółto-pomarańczowy blady odcień. Na całej wyspie nie ma praktycznie żadnych drzew, jedynie krzewy i kaktusy (drzewa widzieliśmy wyłącznie w większych miastach), a spowodowane jest to kamienistą glebą. Nie ma tu również rzek. Mijane przez nas gospodarstwa przypominały raczej marokańskie wioski. Miało to swój niesamowity urok.

Naszym kolejnym postojem było stanowisko archeologiczne Ħaġar Qim ze świątyniami z IV i III w. p.n.e. Rzadko ma się okazję zobaczyć coś takiego, więc wiedziałam, że koniecznie musimy tam zajrzeć. I nie żałujemy. Bilet za bodajże 10 euro upoważnił nas do wejścia na dwie megalityczne świątycznie oraz do obejrzenia wizualizacji wideo, która pokazała, jak kiedyś świątynie mogły wyglądać i jak przebiegało ich odkrycie.

Obok, bliżej wybrzeża, znajduje się druga ze świątyń - L-Imnajdra, trochę gorzej zachowana, ale nadal robiąca wrażenie. Przy brzegu zaszliśmy również do wieży Ħamrija, a stamtąd rozpościerał się niesamowity widok na jedyną w zasięgu wzroku wysepkę na morzu.

Po zwiedzaniu, wsiedliśmy w autobus (oczywiście spóźniony) i ruszyliśmy w kierunku Dingli view point. Warto dodać, że jednorazowy bilet autobusowy można kupić u kierowcy i jest to koszt 1,5 euro. Można oczywiście kupić bilet na 12 pojedynczych przejazdów za 15 euro lub 7-dniowy za 21 euro, ale żadna z tych opcji nam się nie opłacała, bo gdy zsumowaliśmy, ile kursów autobusem będziemy robić przez te trzy dni pobytu, wyszło nam mniej niż 10.

Po zjedzeniu maltanek (a jak!) z widokiem na klify ruszyliśmy w dalszą podróż w kierunku miasta Mdina. Jest to stare, tzw. ciche miasto, w którym faktycznie panuje niesamowita cisza. Samochody jeżdżą tylko poza murami miasta, który dodatkowo wygłusza otoczenie. Miasto w większości zbudowane jest z tego samego wapienia, który widzieliśmy wcześniej. Przechadzaliśmy się leniwie uliczkami, aż wreszcie dotarliśmy do restauracji, do której zdecydowaliśmy się zajść na pizzę. W końcu to był nasz pierwszy ciepły posiłek tego dnia!

Było już dość późno, więc zdecydowaliśmy, że pojedziemy już do naszego hotelu, który mieścił się w Saint Paul's Bay. Czekała nas prawie godzinna podróż autobusem (mimo że wyspa jest niewielka! Autobusy jeżdżą po najmniejszych mieścinkach i stąd długi czas podróży). Gdy byliśmy już na miejscu, zdążyło się ściemnić. Zaszliśmy więc do supermarketu po zaopatrzenie, czyli standardowo tutejsze szynki, sery i wina. I tak obładowani skierowaliśmy się do hotelu, by porządnie wyspać się przed kolejnym, ekscytującym dniem.

No comments:

Post a Comment