ContactAbout usCooperationFAQ↑ Powrót do góry strony

24 May 2020

4.3 Cypr, Larnaka: Cape Greco


Dzień III - Cape Greco

Zjedzone na szybko śniadanie w McDonald's nie było dobrym pomysłem, ale o tak wczesnej porze nie mieliśmy innego wyboru. Ruszaliśmy z samego rana, trasa identyczna jak dzień wcześniej, jednak w Ajia Napa musieliśmy przesiąść się na autobus do Cape Greco. Miłym zaskoczeniem było spotkanie "znajomej" twarzy - Mery Spolsky, to polska wokalistka, która również ucięła sobie w tym czasie urlop na Cyprze i razem z nami podróżowała na wschodnią część wyspy.

Krajobraz był przepiękny i bardzo niecodzienny. Drogę od przystanku przemierzaliśmy pośród wzgórz porośniętych niską roślinnością. Trasa prowadziła w dół, pośród niczego. Z daleka wyłaniało się morze, którego kolor odcinał się na horyzoncie.

Zeszliśmy aż do skał, gdzie jako pierwszy powitał nas łuk skalny (jak dowiedziałam się przed chwilą, jego nazwa to most Kamara tou Koraka). Był pęknięty, nie można było na niego wejść, ale stanowił niesamowitą atrakcję. Otoczony był klifami prowadzącymi wprost do morza, o które rozbijały się spienione fale.

W oddali zobaczyliśmy mały, biało-niebieski kościółek, który był naszym celem podróży. Niespiesznie udaliśmy się więc w jego kierunku, po drodze zatrzymując się na skałach na wino lub dwa. Słońce prażyło mocniej niż dzień wcześniej - opalenizna była murowana.
Jedyny w okolicy budynek okazał się małą kapliczką - domyślam się, że stworzoną zapewne na potrzeby ślubów, bo kto by nie chciał brać ślubu w takim pięknym miejscu? Kościółka strzegło kilkanaście bezpańskich, ale przyjaznych kotów, które chętnie pozowały do zdjęć i dały się głaskać za niewielką opłatą w postaci jedzenia.

Po schodkach zeszliśmy jeszcze ze skał do jaskini, która była idealnym miejscem na wino, jednak kręciło się po niej sporo osób, więc sobie darowaliśmy.

Powoli wracaliśmy już do Larnaki. W Ajia Napa zatrzymaliśmy się jeszcze na kawę mrożoną, wypitą w otoczeniu przepięknie kwitnących rajskich ptaków. Robert kiedyś kupił mamie sadzonki tych roślin, ale nie doczekaliśmy się jeszcze kwiatów.

W Larnace spotkało nas wielkie rozczarowanie. Szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy zjeść coś dobrego. Główna ulica przy wodzie ma masę kawiarni i restauracji, kierowaliśmy się zatem zatłoczeniem - im więcej osób w danym punkcie, tym lepiej. Zainteresowała nas restauracja To Arxontikon, ale od samego początku były problemy. Restauracja składała się z dwóch budynków oddzielonych ulicą. Gdy zapytaliśmy o stolik, usłyszeliśmy, że nie ma żadnego problemu, a jednak po paru minutach jako jedyni klienci zostaliśmy posadzeni na ulicy pomiędzy budynkami. Menu wyglądało obiecująco - nie najgorsze ceny, bogaty wybór dań z tutejszej kuchni. Gdy kelnerka przyjęła zamówienie, mieliśmy świadomość, że będzie trzeba czekać na jego podanie, dlatego też dobraliśmy jeszcze przystawkę. W końcu po całym dniu w drodze byliśmy bardzo głodni. Niestety nasz stolik znajdował się w cieniu, przez co było bardzo chłodno, a każda minuta oczekiwania dłużyła się w nieskończoność. Widzieliśmy, jak w obu budynkach goście dostają swoje zamówienia, a my wciąż siedzieliśmy z niczym. Po około godzinie czekania, Robert dopomniał się u obsługi, co z nami. Usłyszał, że jeszcze chwilę trzeba poczekać, bo jest problem na kuchni. Okej, nie ma problemu. Czekamy kolejny kwadrans, pół godziny, aż w końcu po łącznie prawie dwóch godzinach czekania usłyszeliśmy, że nas nie obsłużą i musimy iść. Zażenowanie sięgnęło zenitu. Na szczęście tuż obok znaleźliśmy The Meeting Pub, czyli zwyczajnie wyglądający bar sportowy, w którym tamtejsi mieszkańcy oglądali mecze popijając piwo i przekąszając hot wings. Na szczęście udało się zamówić też dania obiadowe, które były naprawdę świetnej jakości, otrzymaliśmy je szybko, a obsługa była bardzo miła. Do obiadu pokusiliśmy się na drinki, ogrzaliśmy się i ruszyliśmy dalej na miasto, by cieszyć się ostatnim wieczorem na Cyprze.
Wieczór spędziliśmy na plaży w Larnace, popijając wino i paląc tanie cygaro. Wyjazd zleciał bardzo szybko i żadne z nas nie chciało wracać do Polski. Pocieszała nas tylko perspektywa kolejnej podróży za niecałe trzy tygodnie. Cypr nie pobił Grecji - jednak pogoda i możliwość swobodnego kąpania się w morzu wzięła górę i poprzeczka była postawiona bardzo wysoko. Cypr trafił jednak do top 3 naszych wyjazdów (moim zdaniem), bo widoki, piękna pogoda i naprawdę dobre wino mocno zapunktowały. Musimy tu wrócić, najchętniej na zachodnie wybrzeże, by zobaczyć Pafos, Polis i Limasol.

Co przywieźliśmy z Cypru?
  • samogon Zivania
  • pocztówki
  • magnesy
  • kawę*
  • słodycze
*kawę, którą potem zaparzyliśmy w domu dla całej rodziny i którą podwędziła nasza siostra z mężem. Była naprawdę dobra, parzona inaczej, niż standardowa kawa. Gotowaliśmy ją w garnku wraz z cukrem, a potem przelewaliśmy do filiżanek. Miała mniej intensywny aromat i łagodniejszy smak niż wszystkim dobrze znany napój. Jeśli wrócimy na Cypr, musimy kupić jej więcej.

Comments