ContactAbout usCooperationFAQ↑ Powrót do góry strony

3 May 2020

3.1 Włochy, Bergamo - w Weronie u Julii na balkonie


Kierunek: Bergamo, Włochy
Termin: 15-19.01.2020
Ekipa: Robert i Kasia
Plan: Bergamo, Werona, jezioro Como, Mediolan
Motto podróży: sery, szynki i wino to najlepsza kolacja


Włoskie Bergamo było tak naprawdę marzeniem Roberta. Słyszał dużo dobrego o tym miasteczku i bardzo chciał je zobaczyć, a jak tylko trafiły się bilety lotnicze w dobrej cenie, nie zawahał się przed zakupem. Nowy rok zaczęliśmy więc z przytupem - w krótkim czasie zaplanowaliśmy aż 4 loty (!) - najpierw rzeczone Bergamo, potem Cypr, dalej Sycylia i na końcu Malta. I wszystkie cztery wycieczki w ciągu 3 miesięcy. Nie pamiętam nawet, jak doszło do zakupów - wiem, że ceny były na tyle okazyjne, że gdy pojawiło się pytanie "Bierzemy?", szybko padła jasna i zgodna odpowiedź.

Opcji na plan wycieczki było sporo. Nie byliśmy przekonani co do Mediolanu, bo raczej nie jesteśmy fanami wielkich miast, jednak na jednodniową wycieczkę wydawało się idealne. Braliśmy jeszcze pod uwagę Wenecję, ale w związku z tym, że w czasie naszego wyjazdu była porządnie zalana, a przy tym najdalej oddalona od Bergamo ze wszystkich miejsc, które chcieliśmy odwiedzić, odpuściliśmy sobie ten kierunek. Decyzja zatem została podjęta - pierwszy dzień Werona, drugi - jezioro Como, trzeci - Mediolan i czwarty - Bergamo.

Nocleg ogarnął Robert, znalazł jakiś hostel w nie najgorszej cenie, chociaż w porównaniu z późniejszymi wycieczkami wypadał dość drogo. Przypadł nam pokój z łazienką i balkonem, w sumie nie był najgorszy - tak jak już wspomniałam we wcześniejszych wpisach, nie jesteśmy zbyt wymagający. Ma być ciepło, czysto, konieczna jest ciepła woda i w sumie tyle. Czego można chcieć więcej, wybierając jak najtańszy nocleg? Po co przepłacać, skoro zaoszczędzone pieniądze można przeznaczyć na... wino.

Dzień I - Werona

Jak tylko zobaczyliśmy, że Flixbus dojeżdża do Werony za ok. 20 zł w jedną stronę, natychmiast kupiliśmy bilety. Werona kojarzy się głównie z historią o Romeo i Julii, ale jak się okazało, ma o wiele więcej do zaoferowania.
Bus odjeżdżał ze Stazione w Bergamo ok. 8 rano i jechał dwie godziny do celu. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Mostu Scaligerów na rzece Adyga prowadzącego do zamku Castelvecchio, do którego przeszliśmy krótkim spacerem przez miasto. Pierwsze wrażenie, jakie zrobiła na nas Werona - nic ciekawego, masa małych balkoników wychylonych na ulicę. Bez szału. Ale jak tylko dotarliśmy do zaznaczonych przeze mnie wcześniej punktów miasta, powoli zaczęliśmy zmieniać zdanie.

Z mostu skierowaliśmy się w stronę Città Antica, po drodze zatrzymując się na Piazza delle Erbe na kawałek pizzy. Ale nie byle jakiej pizzy... Zamówiliśmy porcję za 5 euro, ale wystarczyła dla nas obojga i dała dużo energii. Była na grubym cieście, pokryta przepyszną szynką prosciutto oraz gorgonzolą, która niemal rozpływała się w ustach. Całość była gorąca i sycąca i trafia do top 3 najlepszych pizz, jakie jadłam w życiu. W okolicy kupiliśmy też pierwszy magnes oraz pocztówki
Pierwszą atrakcją na liście był balkon słynnej Julii. Nie byłam przekonana, czy warto w ogóle na niego wchodzić, zwłaszcza, że taka przyjemność kosztowała 6 euro za osobę, ale jednak Robert namówił mnie, żebym weszła na górę dla ujęć. I w sumie nie żałuję, bo jednak to największa atrakcja miasta. Przed budynkiem znajdowała się ściana pełna kłódek od zakochanych par, a także rzeźba samej Julii, którą podobno należy złapać za pierś na szczęście. Wewnątrz pokój z balkonem posiadał stół przygotowany jak do kolacji oraz obraz przedstawiający Romea i Julię.

Po dłuższym spacerze ulicami Werony przyszedł czas na bardziej treściwy obiad, jednak trafiliśmy dość słabo. Weszliśmy do pierwszej-lepszej miejscówki, gdzie zamówiliśmy ravioli oraz makaron z kurczakiem i pieczarkami, jednak te dania nie były zbyt dobre. Roberta makaron, mimo zaznaczenia, że chce mięsne danie, nie posiadał nawet kawałka kurczaka. Moje ravioli w sosie pomidorowym było twarde i ze znikomą ilością nadzienia, a sam sos smakował, jakby już ktoś go kiedyś zjadł. Może moje oczekiwania były zbyt wysokie, bo robiąc spaghetti w domu, makaron jest tylko dodatkiem, a główną część dania stanowią dodatki. Tu było odwrotnie - pierwsze skrzypce grało ciasto, a pozostałe składniki były dodane w niewielkiej ilości.

Arena w Weronie jest przepiękna. Z chęcią weszlibyśmy do środka, ale zaporowa cena zniechęciła nas od dalszego zwiedzania. Z zewnątrz również udało się zrobić fajne zdjęcia, bez wyrzutów sumienia.
Uliczki Werony są niesamowite - wąskie, malownicze, ozdobione balkonami, malunkami, rzeźbami. Co i rusz stoi jakiś pomnik, budujący klimat okolicy. Oto kilka zdjęć, które choć trochę oddają urok tamtych miejsc.

Najpiękniejszą częścią miasta był zdecydowanie most Ponte Pietra. Spacer wzdłuż rzeki przysporzył nam masę niesamowitych widoków. Wjechaliśmy w końcu kolejką funicolare na górę miasta, skąd podziwialiśmy zachód słońca i panoramę Werony. Ten moment był magiczny, barwy nieba cudownie komponowały się z wodą i przybrzeżnymi budynkami.

Po zejściu z punktu widokowego, skierowaliśmy się z powrotem pod Arenę, by zobaczyć, jak jest oświetlona po zachodzie słońca. I nie zawiedliśmy się, bo o zmroku wyglądała jeszcze piękniej niż za dnia.

Zjedliśmy jeszcze na mieście jedną pizzę na pół, ale nie była szałowa. Obsługa z ledwością mówiła po angielsku i trudno nam było dopytać o składniki, więc wzięliśmy pierwszą z brzegu, która zawierała "pomodori e rucola". Stamtąd ruszyliśmy w poszukiwaniu sklepu spożywczego, by kupić coś na wieczór i szybko natrafiliśmy na sklep Aldi, który był świetnie zaopatrzony. Kupiliśmy tam trochę słodyczy, oczywiście wino na wieczór, małe bezalkoholowe buteleczki z napojem, który wyglądał i smakował jak aperol. Przez te zakupy ledwo zdążyliśmy na autobus powrotny, który na szczęście chwilę się spóźnił. Wieczór był już dość chłodny, więc dobrze było skryć się w nim i ogrzać, a jednocześnie przespać podczas tej dwugodzinnej podróży.

No comments:

Post a Comment