Dzień II - Jezioro Como
Po śniadaniu ruszyliśmy od razu na przystanek, by autobusem dojechać do Stazione, skąd miał nas zabrać pociąg do Lecco. Docelową miejscowością naszej podróży miała być malownicza Varenna, dokąd kupiliśmy bilet z możliwością 3-godzinnego postoju w Lecco. Cena biletu to ok. 6 euro za osobę w jedną stronę. Spodziewaliśmy się pięknych widoków - w końcu jezioro Como położone jest tuż pod górami, więc wystarczyła odrobina szczęścia (czyt. zero mgły), a cudowne ujęcia murowane. Pociąg jechał ok. 40 minut, początkowo mijając wzgórza, które w miarę upływu trasy zmieniały się w coraz to wyższe góry. Pogoda była idealna - przejrzyste niebo pozwalało na obserwację otoczenia i zachwyt każdym najmniejszym detalem.
Gdy wysiedliśmy z pociągu, zaparło nam dech w piersiach. Wokół widać było tylko góry, a miasto położone było w ich dole, tuż u brzegu jeziora. Szkoda, że było tak zimno - mocny wiatr od wody hulał na wszystkie strony, zrywając kaptury z głów. Warto było jednak zmarznąć dla takich widoków.
Powolnym spacerem przeszliśmy się na kawę. Było dość wcześnie, więc mało co było otwarte, ale jedna kawiarnia zapraszała już do środka. Dzięki temu mogliśmy trochę się ogrzać i posilić przed dalszą podróżą. Robuś zamówił sobie corretto, czyli gorącą kawę z grappą, która dawała podwójnego kopa. Lubi takie wynalazki, więc ucieszył się, że mógł spróbować coś nowego. U mnie standardowo cappuccino. Do tego po maślanym ciasteczku i możemy ruszać dalej.
Nie mieliśmy dużo czasu na zwiedzanie okolicy, ale wcale nie potrzebowaliśmy go więcej. Miasteczko jest niewielkie, a przejście wzdłuż i wszerz głównych uliczek zajęło nam akurat tyle, by na czas dotrzeć na dworzec i ruszyć w stronę Varenny.
Po przyjeździe, od razu udaliśmy się na jedzenie. W okolicy otwarta była tylko jedna restauracja, więc nie mieliśmy za dużego wyboru. To był ostatni raz, kiedy zdecydowaliśmy się na spaghetti i eksperymenty. Dużo mniejszy zawód spotykał nas, gdy zamawialiśmy pizzę. Wybrałam makaron z "rybami z jeziora", które okazały się rozdrobnionymi kawałkami łososia z puszki, a Robert wybrał talerz kiełbasek z kapustą, a otrzymał... trzy parówki i przeciętną kapustę kiszoną.
Oboje zakochaliśmy się w tym miasteczku... Wille, które chcieliśmy odwiedzić, niestety były zamknięte w sezonie zimowym i pozostało nam tylko przechadzać się górą - po mieście, lub dołem - po brzegu jeziora. Zaczęliśmy dołem, bo kolorowe budynki magicznie nas do siebie przyciągały, a widoki stawały się coraz piękniejsze. Mam ochotę wrzucić tu wszystkie zdjęcia, jakie zrobiliśmy po drodze, bo na odcinku kilkuset metrów każde udanych ujęć wyszło przynajmniej kilkadziesiąt.
W górnej części miasta było o wiele goręcej i bardziej duszno, ale jednak nie na tyle ciepło, aby można było zdjąć kurtkę. Przeszliśmy się po głównej ulicy, próbując odnaleźć drogę z powrotem na dół.
Postanowiliśmy usiąść na ruchomym molo i trochę poczilować w takich pięknych okolicznościach natury. Wokół było cicho, spokojnie, nie było praktycznie żadnych ludzi, nikt nam nie przeszkadzał. Można było kompletnie wyłączyć myślenie.
Czekaliśmy aż na zachód słońca, bo byliśmy pewni, że nas zachwyci. I nie pomyliliśmy się.
Gdy całkiem się ściemniło, wróciliśmy na dworzec, gdzie przed przyjazdem pociągu wypiliśmy jeszcze kawę i kupiliśmy magnesik. Powrót do hotelu miał taką samą trasę przez Lecco, w którym na szczęście oczekiwanie na transport zajęło raptem kilkanaście minut. Gdy dojechaliśmy do Bergamo, nawigacja pokierowała nas do najbliższego supermarketu, abyśmy mogli zrobić zapasy na wieczór. Na szczęście niedaleko dworca znajdował się Carrefour, w którym kupiliśmy masę serów, szynek, kilka butelek wina i inne przekąski. I to była genialna decyzja, bo kolacja w takiej postaci smakowała nam o wiele lepiej, niż pseudo wykwintne dania jedzone na mieście. Od tamtej pory zdecydowaliśmy się już tylko na taki rodzaj przekąsek.
No comments:
Post a Comment