ContactAbout usCooperationFAQ↑ Powrót do góry strony

28 April 2020

2.1 Anglia, Bristol: chill na cmentarzu


Dzień I - Bristol

Po skromnym śniadaniu ruszyliśmy na podbój miasta zgodnie z rozpisanym przeze mnie planem. Pierwszym przystankiem na trasie był Primark (tak, wiem, jest co zwiedzać), w którym zaopatrzyliśmy się w kilka pierdół i trochę słodyczy. Jak się okazało, Robert miał przy sobie funty, ale pieniądze były już stare i wyszły z obiegu. Na szczęście udało się je wymienić niewielkim kosztem w pobliskim banku, z którego udaliśmy się prosto do Poundlandu po zapas słodyczy dla naszych polskich żarłoków.

Dworzec Temple Meads był pierwszym większym celem naszej podróży, bo zdjęcia budynku zrobiły na nas ogromne wrażenie. Po drodze co i rusz mijaliśmy nietypowe kościółki o spiczastych dachach. Tuż przed dworcem zahaczyliśmy o kawiarnię, w której udało się wypić gorącą kawę i zjeść tosta z serem. Przy kasie pracowała nawet Polka, która bardzo była zdziwiona, że przyjechaliśmy do Bristolu w celu zwiedzenia miasta. Podejrzewam, że dla osoby mieszkającej w tym mieście przez kilka lat, może być tu nudno, ale nam na razie podobała się okolica.


W Temple Meads udało nam się zrobić kilka fajnych ujęć, jedno z nich trafiło nawet na intro naszego filmiku z wyjazdu. W Warszawie w zasadzie każdy dworzec wygląda prosto, jak zwykły kanciaty budynek. Tu w Bristolu postarali się nawet w takim miejscu, bo wychodząc z pociągu czy autobusu, od razu można się zachwycić.

Temple Meads Station

Przechadzając się niespiesznie po ulicach miasta zahaczyliśmy o kilka najważniejszych atrakcji, m.in. kościół St Mary Redcliffe, który dało się zauważyć już z daleka. Tak spiczastego budynku jeszcze nie widziałam. W dodatku ciemna, gotycka budowla sprawiała wrażenie bardzo mrocznego miejsca, wyglądającego trochę niczym nawiedzony zamek. Wnętrze okazało się jednak bardziej przyjazne, a ogromne witraże i zdobienia zapierały dech w piersiach.

St Mary Redcliffe Church

Szwendaliśmy się przy rzece Avon, przecinając Kings Street i Queen Square z nadzieją na szybką kawę, ale wczesna godzina nie pozwoliła nam na zatrzymanie się w jakiejkolwiek tamtejszej knajpce. Dlatego też zdecydowaliśmy, że wybierzemy się do kolejnej atrakcji na liście - Bristol Cathedral.

W katedrze postanowiliśmy zatrzymać się na dłużej - okazało się, że była tam stołówka, na której można zjeść obiad. Skorzystaliśmy i zjedliśmy kanapkę, popijając ciepłą zupą warzywną, by potem odpocząć w ogrodzie (będącym jednocześnie cmentarzem). Cmentarze zazwyczaj kojarzą się z ponurym, szarym miejscem przepełnionym żałobą i smutkiem. Tutaj, pośród zieleni, słońce grzało przyjemnie i miło było przysiąść na chwilę na starej, drewnianej ławce.

Kolejnym celem naszej podróży było wzgórze Brandon Hill, z którego mieliśmy zobaczyć panoramę Bristolu. Spacer był trochę wymagający, bo górka wcale nie była taka malutka jak na punkt w środku miasta. Warto jednak było wdrapać się na szczyt. Szkoda, że pogoda nie była bardziej słoneczna - w UK potrafi się zmienić w ciągu paru minut i na pięknym, przejrzystym niebie w moment potrafią pokazać się deszczowe chmury. Usiedliśmy na ławce, podziwiając niezłomnego psiaka biegającego za piłką z górki i z powrotem. Dość płaska panorama miasta obfitowała w kolorowe domki i wystające pomiędzy nimi spiczaste dachy kościołów. Na jeszcze wyższym "piętrze" wzgórza wzrasta wieża Cabot, na którą dla kilku ujęć i widoków wdrapał się Robert, a ja zostałam na dole, by przyjrzeć się miastu.

Brandon Hill

Po zejściu ze wzgórza udaliśmy się w stronę rzeki, aby zobaczyć Brunel's SS Great Britain, czyli XIX-wieczny statek pasażerski przerobiony na muzeum. Niestety po drodze złapał nas dość obfity deszcz, co było pretekstem do wstąpienia do baru na innym statku, w którym chlapnęliśmy cydr i browar.

Robiło się już coraz ciemniej, więc postanowiliśmy kierować się w stronę domu. Przeszliśmy trochę inną trasą niż w pierwszą stronę, by zobaczyć jak najwięcej miasta. Po zmroku również miało swój urok, mimo hałasu pędzących aut na mokrym asfalcie. Jako że wróciliśmy dość późno, nie było czasu na szukanie nowego miejsca na kolację, dlatego też wybraliśmy się do sprawdzonego już miejsca - Cafe Napolita. Okazało się, że w restauracji pracuje również Polka, która szybko podsłuchała naszą rozmowę i przeskoczyła na ojczysty język. Tym razem zamówiliśmy makarony - mój z klopsikami, a Roberta z ogonem wołowym. Okazało się, że jego danie to jedna z najlepszych rzeczy, jakie próbowaliśmy w życiu, aż zaczęłam żałować swojej decyzji. Ale mieliśmy przed sobą jeszcze jeden wieczór, by znów przyjść tu na kolację...

No comments:

Post a Comment