ContactAbout usCooperationFAQ↑ Powrót do góry strony

27 April 2020

2.0 Anglia, Bristol: dobrze tutaj karmią


Kierunek: Bristol, Wielka Brytania
Termin: 31.10-03.11.2019
Ekipa: Robert i Kasia
Plan: Bristol, Bath
Motto podróży: wygodne buty to podstawa


Pomysł na wyjazd do Bristolu zrodził się przypadkiem, gdy okazało się, że Wszystkich Świętych przypada w piątek i tworzy kuszący długi weekend. Nigdy w ten dzień nie jeździmy na groby ze względu na tłumy i niepotrzebny cyrk (kiedyś podróż samochodem trasy ok. 4 kilometrów zajęła nam 40 minut...). Na cmentarz można się wybrać bez okazji.

Na wieść o długim weekendzie, Robert od razu rozpoczął poszukiwania lotów. Dość szybko dostałam wiadomość o treści "Kasia, zobacz, Bristol w dobrej cenie", a chwilę później "Podobnie Bolonia, tylko dzień krócej". O Bristolu nie wiedzieliśmy zbyt wiele, prawdę mówiąc, nie mieliśmy nawet do końca świadomości, w którym dokładnie miejscu jest położony. O Bolonii wiedzieliśmy, że jest z niej świetny dojazd do wielu innych miast, np. Florencji, Wenecji, Werony, ale dużym powodem przemawiającym przeciw wyborowi tego miasta było to, że Robert w tym (2019) roku tam już był. Tak więc padło na Anglię.

Nie do końca byłam przekonana, czy to dobra decyzja - mało wiedzieliśmy o Bristolu, a pobieżnie przeglądane zdjęcia w Internecie jakoś mnie nie zachwyciły. Jako że po doświadczeniach z Grecją zakochałam się w planowaniu wycieczki, szybko zaczęłam przeglądać sieć w celu przygotowania się do wyjazdu i okazało się, że to angielskie miasto to skarbnica gotyckiej architektury. A zarówno ja, jak i Robert, bardzo lubimy podziwiać budowle.

Oczekiwanie na podróż minęło bardzo szybko, ponieważ lot mieliśmy zaledwie dwa tygodnie po powrocie z Aten. Nie zdążyliśmy się jeszcze dobrze zmęczyć codziennością, a już w zasadzie byliśmy w drodze. Można powiedzieć, że zakochaliśmy się w lataniu. Kiedyś podróż samolotem wydawała nam się kompletnie niedostępna, kojarzyła się z wysoką ceną, dużym zamieszaniem, ryzykiem, a przede wszystkim lękiem przed samolotem. Całkowicie rozumiem, że podróż w chmurach może przerażać - w końcu katastrofy lotnicze to te, o których mówi się najgłośniej, mimo że zdarzają się najrzadziej. Szczerze mówiąc - lot to pikuś w porównaniu z lotniskiem. Większość swoich podróży spokojnie przespałam, podczas gdy na lotnisku zawsze coś się dzieje, jest szansa na pikanie na bramce czy konieczność kontroli bagażu. Kontrola lotniskowa to zdecydowanie najgorsza część całej wyprawy.

Do Bristolu dolecieliśmy wieczorem, gdy na dworze było już całkowicie ciemno. Z lotniska do miasta dostaliśmy się autobusem Airport Flyer Express za 8 funtów za osobę. Podróż trwała dość krótko, bo ok. pół godziny. Przejeżdżając przez miasto, staraliśmy się wychwycić jakieś ciekawe miejsca, do których moglibyśmy się udać dzień później. Naszą uwagę przykuł port i uliczki w jego pobliżu, pełne pubów i restauracji. Dojechaliśmy do Bristol Bus Station, skąd mieliśmy najbliżej do wynajętego hostelu przy Ashley Road. Przeszliśmy się pieszo, bo trasa wynosiła mniej więcej 1,5 kilometra i po prostu szkoda było czasu i pieniędzy na przejazd komunikacją.

Pierwsze wrażenie po przyjeździe do Wielkiej Brytanii jest zawsze takie samo: trudno przyzwyczaić się do ruchu lewostronnego. Na początku nie wiadomo, w którą stronę patrzeć, przechodząc przez jezdnię, więc rozgląda się na wszystkie możliwe kierunki. Druga sprawa: deszcz. Spodziewaliśmy się słabej pogody, a mżawka przywitała nas już pierwszego dnia. Przygotowani byliśmy na takie okoliczności, dlatego w bagażu czekały nasze kolorowe deszczaki.

Nasz nocleg w Bristolu
Trudno było odnaleźć numer budynku, w którym mieścił się wynajęty przez nas pokój. Na ulicach było już ciemno, w dodatku mokro, a numery były średnio widoczne. Po paru minutach krążenia jednak udało się ustalić, gdzie nocujemy, jednak mimo że zazwyczaj nie mamy zbyt dużych oczekiwań, byliśmy dość rozczarowani (a przynajmniej ja, Robert mniej kręci nosem). Pokój o wielkości 3x2m mieścił w sobie jeszcze maleńką łazienkę i niestety nie był zbytnio przygotowany na przyjazd turystów: mam wrażenie, że nikt tam nie posprzątał, bo pościel rzucona była niedbale na łóżko, a na podłodze i w łazience miotały się kłęby kłaków. W dodatku cena nie była zbyt przystępna: 3 noce kosztowały nas 120 funtów, czyli w sumie najdrożej ze wszystkich dotychczasowych podróży. Pokój mieścił się w niskiej kamienicy, lokalizacja wcale nie była aż tak przystępna, a w pobliżu nie było zbyt ciekawych sklepów (prócz sklepiku, którego właściciel otwierał go w różnych, niesprecyzowanych godzinach i monopolowego, za co akurat plusik). Ale jako że to był weekendowy wypad, nie było sensu narzekać. 

Pizze w Cafe Napolita

Po rozpakowaniu się, od razu ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiejś otwartej restauracji. W pobliżu otwartych było kilka punktów i od razu skierowaliśmy się do jednego z nich. Niestety sala była wynajęta na rzecz halloweenowej imprezy zamkniętej. Tuż obok otwarta była - jak myśleliśmy - kawiarnia o nazwie Cafe Napolita. Zajrzeliśmy przez szybę i okazało się, że podają tam normalne posiłki, więc bez dłuższego wahania weszliśmy do środka i zajęliśmy stolik. Wewnątrz było ciepło, głośno, lokalsi dyskutowali przy piwie i pizzy. Od razu poczuliśmy ten klimat. Zamówiliśmy dwie pizze, nie do końca wiedząc, czego spodziewać się po tutejszej kuchni. To, co dostaliśmy, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania - obie były przepyszne (jedne z lepszych, jakie jedliśmy), a w dodatku duże, dzięki czemu zabraliśmy jeszcze po kawałku na poranny głód.

No comments:

Post a Comment