ContactAbout usCooperationFAQ↑ Powrót do góry strony

24 April 2020

1.4 Grecja, Ateny: krem z filtrem to konieczność


Dzień IV - Alimos Beach i powrót do domu

Nadszedł koniec naszej wycieczki. Samolot powrotny mieliśmy późnym wieczorem, dlatego mogliśmy jeszcze skoczyć nad wodę i wykorzystać ostatnie chwile w tak ciepłym miejscu. W Polsce w październiku nadal jest ciepło, ale nie na tyle, by móc opalać się na plaży nad morzem, a słońce niestety coraz częściej zasłonięte jest deszczowymi chmurami.

Paweł odnalazł plażę Alimos w samych Atenach, która nie była położona bardzo daleko od naszego noclegu i później w miarę łatwo mogliśmy z niej dojechać na lotnisko. Nad wodą znowu prawie nie było ludzi, dosłownie parę osób wygrzewało się na słońcu, a mało kto miał odwagę wejść do wody. My oczywiście nie mogliśmy sobie darować tej okazji i bardzo szybko wskoczyliśmy do wody. Myśleliśmy tylko o tym, że nieprędko będziemy mieli okazję się kąpać w morzu, więc chcieliśmy wykorzystać tę okazję najlepiej jak to możliwe.

Plaża była bardzo kamienista, najbardziej ze wszystkich, które odwiedziliśmy. Dosłownie zero piasku, co ma też swoje plusy, bo bardzo łatwo otrzepać siebie i ubrania po siedzeniu na kamyczkach. Przedzieranie się z brzegu do wody było jednak bolesne, więc rzadko zmienialiśmy swoje położenie.



Niestety przysnęło nam się trochę na słoneczku, czego efekty było widać kilka godzin później. Krem z filtrem zawiódł, był zdecydowanie za słaby.

Bardzo przyjemnie było przesiadywać na brzegu, przeczesując palcami kamyki i badając ich kształty. Każdy z nich był inny, każdy piękny. Kilka przywieźliśmy nawet na pamiątkę do domu. Między kamyczkami przewijały się drobne muszelki, niektóre tak maleńkie, że ledwie dostrzegalne.
Łepetyna po prawej u góry to Paweł


Gdy zaczęliśmy się zbierać, dopiero dotarło do mnie, jak bardzo się spiekłam. Cały dekolt i uda miałam różowe jak świnka. Wiedziałam już, że podróż powrotna nie będzie z tego powodu należała do najprzyjemniejszych. Specjalnie założyłam zwiewną sukienkę, żeby dodatkowo nie podrażniać opalonego miejsca, ale na nic się to zdało, bo materiał szurający o skórę podrażniał ją jeszcze bardziej. Na domiar złego, w samolocie trafiłam na miejscówkę obok dwóch pań Grażyn, które całą trasę rozmawiały o Jezusie. Z lotniska w Modlinie odebrał nas tata, dostarczając przy tym porcję pysznych gołąbków mamy. Przysięgam, że to były najlepsze gołąbki, jakie w życiu jadłam (*Paweł przytakuje głową*).


Podsumowując - nasz pierwszy wyjazd był po prostu genialny. Mimo że większość czasu spędziliśmy nad wodą, tego właśnie było nam trzeba. Udało się porządnie wypocząć, przestać myśleć, po prostu wyczilować. Kiedyś nie spodziewałabym się, że będzie mi się podobał taki rodzaj wypoczynku - zdecydowanie wolałam aktywne zwiedzanie, łażenie, a morze kompletnie mnie nie rajcowało. Dużo się zmieniło, od kiedy skończyłam szkołę i zaczęłam pracować, człowiek czuje wtedy zupełnie inny rodzaj zmęczenia i po prostu potrzebuje czasem nie robić nic.

Co przywieźliśmy z Grecji?
  • trochę owoców, które oddaliśmy rodzicom na spróbowanie
  • parę kamyczków
  • pocztówki
  • magnesy
  • słodycze

No i masę wspomnień, które są nieśmiertelne i przywołują uśmiech na twarzy.
Do zobaczenia, Grecjo!

No comments:

Post a Comment