Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Wymarzyłam sobie, aby zobaczyć przylądek Sunion, który skusił mnie przepięknymi widokami i dobrze zachowaną Świątynią Posejdona. Wyobrażałam sobie, jakie zdjęcia można będzie zrobić w tamtym miejscu. Robert oczywiście zgodził się na wszystko, ale u Pawła pojawiły się wątpliwości. Im dłużej dyskutowaliśmy na ten temat, tym mniej byliśmy przekonani, czy warto w ogóle tam jechać. Podróż autobusem (do którego również musielibyśmy się jeszcze dostać) miała trwać ok. 2 godzin. Powrotny dojazd mieliśmy też co dwie godziny. Jako że to był nasz ostatni pełny dzień w Grecji, chcieliśmy wykorzystać go jak najlepiej. Paweł zaczął drążyć, szperać w Internecie na temat tego, gdzie warto pojechać w pobliżu Aten i znalazł ją... plażę w Wuli.
Byłam dość zniechęcona zmianą celu podróży, bo lubię, jak wszystko idzie zgodnie z planem (control freak). Dodatkowego negatywnego nastawienia przysporzyła podróż - najpierw bezproblemowo dojechaliśmy do Syntagmy, skąd mieliśmy jechać tramwajem nr 5. Jak się okazało, tramwaje nie kursowały z niewiadomego powodu, a najbliższy autobus miał odjeżdżać za ok. 30 minut. Spóźnił się, a gdy już przyjechał, był kompletnie zatłoczony, bez klimatyzacji (a na dworze 30 stopni...) i całą drogę telepało nami na wszystkie strony. Pomijam, że
Jak tylko dotarliśmy w okolice plaży, napięcie zaczęło powoli ustępować. Widok spokojnego morza kompensował rozczarowanie i umęczenie podróżą. Sama plaża jednak okazała się dość zatłoczona i, prawdę mówiąc, nijaka, chociaż mogę tak myśleć ze względu na to, co zobaczyliśmy potem i co bardzo wysoko podniosło poprzeczkę wyjazdu.
Paweł prowadził nas przez chaszcze drogą donikąd. Z jednej strony stromy klif, z drugiej ogrodzenie, ścieżka na jedną osobę. Szliśmy tak, sama nie wiem, jak długo, a okolica robiła się coraz bardziej dzika. Minęliśmy kilka dzikich plaż, na których wylegiwały się pojedyncze jednostki. Aż w końcu dotarliśmy (moim zdaniem przypadkiem, ale Paweł twierdzi, że wszystko było zaplanowane) na najpiękniejszą plażę, jaką widziałam. Dookoła wysokie skały, krystalicznie czysty turkus wody, zero ludzi, cisza, spokój i kawałek cienia. Później niestety okazało się, że przy brzegu żyły sobie jeżowce, na które trzeba było uważać, a skały, po których wchodziliśmy do wody, były dość ostre, co skutkowało zadrapaniami tu i ówdzie. Woda jednak była tak przyjemna, idealnie ciepła, że spędziliśmy w niej dosłownie cały dzień. Nie miałam nawet kiedy robić zdjęć, bo woda przyciągała do siebie tak bardzo, że nie chciało się z niej wychodzić.
2,5 euro za litr wina to dobra cena
Jestem trochę rozdarta, bo nie wiem, czy powinnam czuć dumę czy żenadę z powodu stanu, do jakiego doprowadziło mnie to wino (i jeszcze dwa inne, które wypiliśmy...). Niechętnie oglądam filmiki z tego dnia, bo mój śmiech wykracza poza wszelkie granice normalności. Czy warto było szaleć tak? Tak. Ostatnie godziny w wodzie były najprzyjemniejsze. Chłopaki bawili się w wodzie, pozwalając falom miotać nimi aż do brzegu. Licznik gleb został odpalony i w tamtym momencie wynosił 1 dla Pawła (obecnie wygrywam ja...). Gdy słońce zaczęło powoli zachodzić, a alkohol już się skończył, postanowiliśmy wracać i zahaczyć jeszcze o tę główną plażę w Wuli, która już świeciła pustkami. Faceci mogą nie znać tego uczucia, ale kobietom na pewno nie jest obce - w pewnym momencie upojenia alkoholowego dopada zjazd tak okrutny, że ciężko nad nim zapanować.
Voula Beach
Powrót do domu był problematyczny - nigdzie w pobliżu nie mogliśmy znaleźć kiosku, aby nabyć bilety, a tramwaje jeździły bardzo rzadko. Zdecydowaliśmy się wrócić taksówką, co wyniosło nas 17 euro, ale przynajmniej szybko i bezpiecznie dotarliśmy do domu. Do domu, w którym czekały nas nas przepyszne owoce i wciąż niezjedzone rybki w marynacie...
No comments:
Post a Comment