ContactAbout usCooperationFAQ↑ Powrót do góry strony

23 April 2020

1.3 Grecja, Ateny: jak pokochaliśmy tanie wino

Dzień III - Voula Beach

Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Wymarzyłam sobie, aby zobaczyć przylądek Sunion, który skusił mnie przepięknymi widokami i dobrze zachowaną Świątynią Posejdona. Wyobrażałam sobie, jakie zdjęcia można będzie zrobić w tamtym miejscu. Robert oczywiście zgodził się na wszystko, ale u Pawła pojawiły się wątpliwości. Im dłużej dyskutowaliśmy na ten temat, tym mniej byliśmy przekonani, czy warto w ogóle tam jechać. Podróż autobusem (do którego również musielibyśmy się jeszcze dostać) miała trwać ok. 2 godzin. Powrotny dojazd mieliśmy też co dwie godziny. Jako że to był nasz ostatni pełny dzień w Grecji, chcieliśmy wykorzystać go jak najlepiej. Paweł zaczął drążyć, szperać w Internecie na temat tego, gdzie warto pojechać w pobliżu Aten i znalazł ją... plażę w Wuli.

Byłam dość zniechęcona zmianą celu podróży, bo lubię, jak wszystko idzie zgodnie z planem (control freak). Dodatkowego negatywnego nastawienia przysporzyła podróż - najpierw bezproblemowo dojechaliśmy do Syntagmy, skąd mieliśmy jechać tramwajem nr 5. Jak się okazało, tramwaje nie kursowały z niewiadomego powodu, a najbliższy autobus miał odjeżdżać za ok. 30 minut. Spóźnił się, a gdy już przyjechał, był kompletnie zatłoczony, bez klimatyzacji (a na dworze 30 stopni...) i całą drogę telepało nami na wszystkie strony. Pomijam, że nigdzie nie dało się kupić biletów - wszystkie kioski pozamykane, a kierowca ani me ani be po angielsku. Podróż trwała ok. 40 minut, czyli tak naprawdę już dawno mogliśmy być na przylądku Sunion. Nie było jednak odwrotu, a ja nie chciałam narzekać.

Jak tylko dotarliśmy w okolice plaży, napięcie zaczęło powoli ustępować. Widok spokojnego morza kompensował rozczarowanie i umęczenie podróżą. Sama plaża jednak okazała się dość zatłoczona i, prawdę mówiąc, nijaka, chociaż mogę tak myśleć ze względu na to, co zobaczyliśmy potem i co bardzo wysoko podniosło poprzeczkę wyjazdu.

Paweł prowadził nas przez chaszcze drogą donikąd. Z jednej strony stromy klif, z drugiej ogrodzenie, ścieżka na jedną osobę. Szliśmy tak, sama nie wiem, jak długo, a okolica robiła się coraz bardziej dzika. Minęliśmy kilka dzikich plaż, na których wylegiwały się pojedyncze jednostki. Aż w końcu dotarliśmy (moim zdaniem przypadkiem, ale Paweł twierdzi, że wszystko było zaplanowane) na najpiękniejszą plażę, jaką widziałam. Dookoła wysokie skały, krystalicznie czysty turkus wody, zero ludzi, cisza, spokój i kawałek cienia. Później niestety okazało się, że przy brzegu żyły sobie jeżowce, na które trzeba było uważać, a skały, po których wchodziliśmy do wody, były dość ostre, co skutkowało zadrapaniami tu i ówdzie. Woda jednak była tak przyjemna, idealnie ciepła, że spędziliśmy w niej dosłownie cały dzień. Nie miałam nawet kiedy robić zdjęć, bo woda przyciągała do siebie tak bardzo, że nie chciało się z niej wychodzić.


2,5 euro za litr wina to dobra cena


Jestem trochę rozdarta, bo nie wiem, czy powinnam czuć dumę czy żenadę z powodu stanu, do jakiego doprowadziło mnie to wino (i jeszcze dwa inne, które wypiliśmy...). Niechętnie oglądam filmiki z tego dnia, bo mój śmiech wykracza poza wszelkie granice normalności. Czy warto było szaleć tak? Tak. Ostatnie godziny w wodzie były najprzyjemniejsze. Chłopaki bawili się w wodzie, pozwalając falom miotać nimi aż do brzegu. Licznik gleb został odpalony i w tamtym momencie wynosił 1 dla Pawła (obecnie wygrywam ja...). Gdy słońce zaczęło powoli zachodzić, a alkohol już się skończył, postanowiliśmy wracać i zahaczyć jeszcze o tę główną plażę w Wuli, która już świeciła pustkami. Faceci mogą nie znać tego uczucia, ale kobietom na pewno nie jest obce - w pewnym momencie upojenia alkoholowego dopada zjazd tak okrutny, że ciężko nad nim zapanować. To ja. Siedząca ze dwie albo i trzy godziny w wodzie, zapłakana o zachodzie słońca. Tłumaczę to sobie wzruszeniem, bo było tam po prostu pięknie, ale w tamtej chwili nie myślałam kompletnie o niczym.

Voula Beach

Dość późno pomyśleliśmy o tym, że warto coś zjeść, bo w pobliżu wszystko było już pozamykane. Powoli się ściemniało, a my po całym dniu harców w wodzie, myśleliśmy tylko o tym, by coś wszamać. Paweł odnalazł w pobliżu restaurację, która miała być jeszcze otwarta przez kilka najbliższych godzin, więc bez dłuższego namysłu ruszyliśmy w jej stronę.
Kolację udało się zjeść w restauracji Pasifai, w której Paweł zamówił - ku zdziwieniu wszystkich - burgera, a reszty zamówienia niestety nie pamiętam. Dostaliśmy po kieliszku mocnej wódki raki, a na zagryzkę loukoumades, czyli malutkie pączki w miodzie (które były przepyszne). Ciężko ocenić tamte dania, bo byliśmy bardzo głodni i było nam wszystko jedno, ale raczej nas nie rozczarowały.

Powrót do domu był problematyczny - nigdzie w pobliżu nie mogliśmy znaleźć kiosku, aby nabyć bilety, a tramwaje jeździły bardzo rzadko. Zdecydowaliśmy się wrócić taksówką, co wyniosło nas 17 euro, ale przynajmniej szybko i bezpiecznie dotarliśmy do domu. Do domu, w którym czekały nas nas przepyszne owoce i wciąż niezjedzone rybki w marynacie...

No comments:

Post a Comment