Opalenizna szybko dała o sobie we znaki mimo stosowania kremów z filtrem. Nie ma co się dziwić - wystawieni na pełne słońce maszerowaliśmy w samo południe na wzgórze Akropolu. Drugi dzień miał być dla nas bardziej łaskawy - w upale ulżyć miało bowiem morze, wzdłuż którego chcieliśmy - zgodnie z planem - spacerować na wyspie Egina.
Do portu w Pireusie dojechaliśmy metrem. Na miejscu nie mogliśmy się połapać, skąd odpływa jakiś prom, bo wszystko było słabo oznaczone, a pracownicy portu niestety słabo mówili po angielsku. W końcu po jakiejś godzinie poszukiwań, udało się ustalić, skąd wyruszamy. Cena biletu to ok. 8 euro w jedną stronę (o ile dobrze pamiętam). Niestety na wyspę płynęliśmy zatłoczonym wodolotem z zasłoniętymi oknami, przez co nie mogliśmy podziwiać piękna morza podczas 40-minutowej podróży.
Gdy zawitaliśmy w Agia Marina, najpierw zdecydowaliśmy się na przechadzkę wzdłuż linii brzegowej. Na plaży wylegiwało się dosłownie parę osób. Kompletnie nieświadomi tego, jak ciepła jest woda i jak dobra jest to pora na plażowanie, nie zabraliśmy ze sobą strojów kąpielowych, bo nastawieni byliśmy na zwiedzanie zakątków wyspy. Jednak już po kilku minutach na słońcu wiedzieliśmy, że jedyne, o czym marzymy, to wejście do wody najszybciej, jak to możliwe i pozostanie w niej najdłużej, jak się da.
I takim sposobem zostaliśmy w jednym miejscu aż do wieczora. Na zmianę brodziliśmy w wodzie i wygrzewaliśmy się w słońcu. Plaża jednak nie należała do najprzyjemniejszych - piach był mocno ubity, wybrzeże kamieniste, przez co każda przechadzka była koszmarem. Tu też wyzerowaliśmy pierwsze wina, przesiadując w cieniu jedynego w okolicy drzewka. Nie obyło się oczywiście bez przypałów - Robert wdepnął w kolec jeżowca, przez którego kuśtykał do końca wyjazdu.
W kwestii jedzenia, po raz kolejny trafiliśmy słabo. Liczyliśmy na świeżą rybę, skoro już znaleźliśmy się nad samym morzem, jednak zamiast tego dostaliśmy rozmrażany filet w grubej panierce, zupełnie zwyczajne frytki i lodowatą sałatkę ze średniej jakości pomidorem.
Przed portem natrafiliśmy jeszcze na stragan z owocami, przy którym ciężko było się zdecydować, co wybrać. Owoce wyglądały świeżo i apetycznie, a właścicielka towarów jeszcze dodatkowo zachęcała nas do zakupu, pozwalając spróbować smakołyków. Nabyliśmy przepyszne figi o słodkim i soczystym miąższu, ultra kwaśne mandarynki oraz kłujące, ale przepyszne owoce kaktusa, które swoją konsystencją przypominały trochę ogórka (o nieco twardszych pestkach), jednak w smaku są nie do opisania.
No comments:
Post a Comment