Kierunek: Grecja, Ateny
Termin: 13-17.10.2019
Ekipa: Paweł, Robert i Kasia
Plan: Ateny, Egina
Motto podróży: tanie może oznaczać dobre
Pierwszy raz planowaliśmy wspólny urlop za granicą. W zasadzie dopiero raczkowaliśmy w temacie tanich lotów, jednak hasło "Grecja za stówkę w jedną stronę" przekonało nas na tyle, by zdecydować się na jesienny wypoczynek właśnie tam. W tym samym terminie i w bardzo podobnej cenie znaleźliśmy jeszcze Gruzję, jednak perspektywa lotu do Kutaisi, o którym wiedzieliśmy tak naprawdę niewiele, skonfrontowana z jednym z najstarszych miast w Europie, dała nam dość prostą odpowiedź, dokąd wolimy się udać.
Zaraz po zakupieniu biletów zabraliśmy się za poszukiwania noclegu. Na szczęście Robert zostawił to mnie, bo panikarz z niego niemały. Co się udało znaleźć? Mieszkanie położone ok. 300 metrów od najbliższej stacji metra w cenie 450 zł za cztery noce za 3 gęby. Przeliczając, niecałe 40 zł za osobę za noc. O stosunku jakości do ceny parę słów potem.
Termin naszej podróży przypadł na 13-17 października 2019, co spowodowane było zaklepanym w styczniu (!) terminem urlopu w korpo. Czy to zły termin? Skądże znowu. Według mnie to najlepszy czas na wyjazdy w ciepłe kraje. Pogoda jeszcze dopisuje, ale jednocześnie upał nie doskwiera na tyle, by umierać z gorąca. Morze wciąż jest nagrzane po lecie i śmiało można się kąpać. Turystów jest o wiele mniej niż w sezonie letnim. Ceny również są niższe. Ogółem rzecz biorąc: ideolo.
Plan wycieczki opracowałam dobrych kilka miesięcy przed wylotem, jednak z racji pierwszego urlopu i braku doświadczenia, uległ on zmianie w trakcie wyjazdu. Wszystko wychodzi w praniu, do niektórych miejsc nie da się dojechać, coś jest zamknięte, na coś zabraknie czasu. Nic nie szkodzi - to kolejny powód, by kiedyś wrócić w odwiedzone już miejsca i odkryć nieznane.
Wylot zaplanowany był na 15:35 i odbył się o czasie. Ruszaliśmy z lotniska Warszawa-Modlin i w Atenach byliśmy już ok. 18-tej czasu lokalnego. Czas podróży to ok. 2,5 godziny, ta dodatkowa godzina to zasługa przekroczonej strefy czasowej. Lotnisko niczym szczególnym nie różni się od innych, ale już na start daje nam w pysk ceną biletu za przejazd metrem w stronę centrum miasta. Magiczne 10 euro za osobę. Jak dotąd, był to najdroższy przejazd z lotniska, jakiego doświadczyliśmy (nawet w Londynie, który cenowo wypada o wiele drożej od Aten, kosztowało nas to 6-8 funtów za osobę). Tego dnia niestety nie uraczyliśmy zbyt ciekawych widoków, bo słońce chowało się już za horyzontem. Po wyjściu ze stacji Katechaki przywitał nas jakże uprzejmy pan, nieznaną nam greką żebrząc o drobne (czego łatwo było się domyślić, mimo nieznajomości języka).
Pogoda była nie do zniesienia. Mimo dość późnej pory (dotarliśmy do hotelu ok. 21-ej), upał dawał się we znaki, a duchota nie pozwalała na spacer bez chociażby jednego sapnięcia. Jak się okazało, wynajęte mieszkanie oddalone było od metra trochę dalej niż 300 metrów, w dodatku pod górę. Myślałam tylko o tym, jak będę padać na twarz podczas wędrówki do domu po całym dniu łażenia w upale. Mieszkanie jednak nas nie zawiodło - było czyste, miało wszystko, czego było nam trzeba (włącznie z klimatyzatorem, bez którego nie wyobrażam sobie życia w Atenach). Po zrzuceniu bagaży wybraliśmy się w podróż w poszukiwaniu jedzenia. Uprzejmy właściciel mieszkania polecił nam pojechać do centrum miasta, bo w okolicy podobno nic nie było. Na szczęście Mapy Google nie zawiodły i wskazały nam drogę do najbliższej otwartej restauracji, w której mogliśmy zjeść coś na ciepło. I, o dziwo, był to najlepszy posiłek, jaki jedliśmy w Grecji, mimo że od tradycyjnej greckiej kuchni znacznie odbiegał. Grillowana pierś z kurczaka, frytki, zimne piwo - może nie brzmi jak spełnienie marzeń, ale nie oczekiwaliśmy cudów o tej porze. A mimo to żadne z nas nie wyglądało na rozczarowanych.
DZIEŃ I - Ateny
Nie wyobrażałam sobie, żebyśmy mogli zacząć zwiedzanie od czegoś innego, niż sama stolica Grecji. Pierwsze, co rozplanowałam przed przyjazdem, to wszelkie atrakcje Aten, począwszy od oczywistego Akropolu, ale jak się okazało, miasto skrywa o wiele więcej miejsc, do których warto zajrzeć. Wycieczka była długa.
Śniadanie zapewnił nam pobliski Lidl, w którym mój pomysłowy brat zdecydował się na eksperyment i zakupił zamarynowane solą rybki, których smak wykręcał twarz na wszystkie kierunki nawet mimo wcześniejszego opłukania. Nie zmienia to faktu, iż udało się zjeść w miarę pożywne śniadanie w postaci kanapek z szynką, serem i pomidorem, bo w sumie... czego chcieć więcej?
Podróż rozpoczęliśmy od placu Syntagma, nieopodal którego kupiliśmy przepyszną orzeźwiającą mrożoną kawę z cytryną. Okazała się idealnym rozwiązaniem na czas spaceru na Akropol. Dość szybko przemknęliśmy przez strome schody Plaki, po czym skierowaliśmy się na wzgórze Likavitos, z którego rozpościerał się przepiękny widok na całe miasto. Ponad nami królował wciąż nieosiągnięty Akropol, który jeszcze nie robił wrażenia i sprawiał wrażenie malutkiego.
Nie wyobrażałam sobie, żebyśmy mogli zacząć zwiedzanie od czegoś innego, niż sama stolica Grecji. Pierwsze, co rozplanowałam przed przyjazdem, to wszelkie atrakcje Aten, począwszy od oczywistego Akropolu, ale jak się okazało, miasto skrywa o wiele więcej miejsc, do których warto zajrzeć. Wycieczka była długa.
Śniadanie zapewnił nam pobliski Lidl, w którym mój pomysłowy brat zdecydował się na eksperyment i zakupił zamarynowane solą rybki, których smak wykręcał twarz na wszystkie kierunki nawet mimo wcześniejszego opłukania. Nie zmienia to faktu, iż udało się zjeść w miarę pożywne śniadanie w postaci kanapek z szynką, serem i pomidorem, bo w sumie... czego chcieć więcej?
Podróż rozpoczęliśmy od placu Syntagma, nieopodal którego kupiliśmy przepyszną orzeźwiającą mrożoną kawę z cytryną. Okazała się idealnym rozwiązaniem na czas spaceru na Akropol. Dość szybko przemknęliśmy przez strome schody Plaki, po czym skierowaliśmy się na wzgórze Likavitos, z którego rozpościerał się przepiękny widok na całe miasto. Ponad nami królował wciąż nieosiągnięty Akropol, który jeszcze nie robił wrażenia i sprawiał wrażenie malutkiego.
Wzgórza Akropolu
Z Akropolu udaliśmy się na spacer po Ogrodzie Narodowym, w którym zachwyciła nas bujna flora, a czas umilił widok leniwie przechadzających się żółwi (jaki kraj, takie wiewiórki...). Po drodze zahaczyliśmy o Łuk Hadriana i zajrzeliśmy na Stadion Panatenajski. Następny przystanek to Monastiraki, na którym zaopatrzyliśmy się w siatkę soczystych mandarynek z targowiska, przysiedliśmy na przepyszną cafe frappe i zjedliśmy pierwszy typowo grecki obiad: mousakę, kebab i... hamburgera (tak, hambuksa zamówił jak zawsze zainteresowany lokalną kuchnią Paweł). Trafiliśmy jednak dość marnie, bo żadne z wymienionych nie urwało odwłoka, a wręcz przeciwnie - rozczarowało jak na posiłek w popularnej dzielnicy, za nie najniższą cenę.
Chcemy więcej!!
ReplyDeleteChcemy więcej!
ReplyDelete