Kierunek: Larnaka, Cypr
Termin: 31.01-03.02.2020
Ekipa: Robert, Paweł i Kasia
Plan: Larnaka, Ajia Napa, Cape Greco i niezaliczona Nikozja
Motto podróży: czasem warto nie robić nic
Jeśli lubicie gapić się na wodę w pięknym miejscu i wygrzewać się na słońcu, Cypr jest idealnym kierunkiem wypoczynkowym. Naprawdę nie nastawialiśmy się na cudowną pogodę, zwłaszcza, że trwał środek zimy, a na Cyprze daleko było do otwarcia sezonu (średnia dzienna temperatura to 17 stopni), a mimo to udało się wejść do wody, powylegiwać na plaży i nawet opalić. Ale zacznijmy od początku.
Początkowo na Cypr mieliśmy lecieć tylko we dwoje - Robert i ja, jednak niedługo potem dokupiliśmy bilety jeszcze Pawłowi, bo gdzieś tam z tyłu głowy przewidywaliśmy, że może to być piękna wycieczka. Noclegiem zajmował się Robert i trafił naprawdę dobrze - szukał lokum z widokiem na morze i za nieco ponad 600 zł (200 za noc za trzy osoby) udało się znaleźć mieszkanie w zasadzie przy samej plaży. Widok z okna był piękny, szczególnie o wschodzie słońca tuż nad wodą - aż chciało się wstać wcześnie tylko po to, by podziwiać widoki.
Dzień I - Larnaka
Lot z warszawskiego Okęcia mieliśmy o 6 rano, co oznaczało pobudkę przed trzecią i całkowite zamulenie na lotnisku. Podróż trwała 3 godziny 20 minut, więc na miejscu byliśmy ok. 9:30. Mieliśmy sporo czasu, aby dotrzeć do mieszkania, więc postanowiliśmy z lotniska przejść się pieszo. Ledwo wyszliśmy poza jego ramy, a Paweł już w krzakach zdejmował spodnie, żeby przebrać się w krótkie szorty - na dworze było pewnie z 15-17 stopni, więc dla nas, przyjezdnych z zimnej wtedy Polski, był to niemal środek lata.
Do przejścia było ok. 5,5 km, a po drodze chcieliśmy zobaczyć Salt Lake (będące tak naprawdę skupiskiem mniejszych zbiorników i bagienek), na którym lubią pasać się flamingi. Różowe ptaszydła zobaczyliśmy, ale niestety z daleka - widocznie nie była to dla nich dobra pora. Droga nie była najprzyjemniejsza - mocno wiał wiatr, a cała trasa prowadziła przy dość ruchliwej ulicy. Na szczęście szybko zobaczyliśmy znak powitalny w mieście Larnaka, a tuż przy nim kierunkowskaz do plaży Mackenzie. Poza sezonem nie było to zbyt szczególne miejsce, piasek zmieszany z ziemią był mokry i zimny, a widoki dookoła nie powalały ze względu na towarzystwo budynków i jezdni.
Plaża Mackenzie
W oczekiwaniu na wskazówki dotyczące odbioru kluczy do mieszkania, siedzieliśmy nad brzegiem plaży, delektując się słońcem. Łapaliśmy jego promienie stęsknieni za latem, aż trudno było powstrzymać uśmiech.
Mieszkanie było naprawdę świetne. Salon z aneksem kuchennym miał wyjście na balkon, a okna w sypialni skierowane były wprost na morze. Łazienka niestety była bardzo zimna, za co duży minus, ale za to mogło być to przydatne latem, podczas upałów. Zrzuciliśmy zbędny balast i ruszyliśmy z powrotem na miasto. Tego dnia mieliśmy tylko połazić po Larnace, jednak nie spodziewaliśmy się, że wszystkie punkty z mapki obejdziemy aż tak szybko. Pierwszy na liście był średniowieczny zamek przy samej plaży, a następna Cerkiew świętego Łazarza. Obiekty oddalone od siebie o kilkaset metrów zwiedziliśmy szybko (napotykając w cerkwi pogrzeb), więc zaszliśmy na mrożoną kawę, po podobno ta cypryjska jest jedną z lepszych. Nieśmiało muszę przyznać rację.
Po krótkim relaksie ruszyliśmy w poszukiwaniu sklepu, by zaopatrzyć się w przekąski i oczywiście wino. W okolicy wszystkie sklepiki należały do prywaciarzy, nie napotkaliśmy żadnej sieciówki, którą kojarzylibyśmy z innych miast. Znaleźliśmy kilka win w bardzo niskiej cenie, kupiliśmy trochę słodyczy (między innymi loukoumi, czyli słodkie galaretki w kształcie kostki obsypane cukrem pudrem, figowe batoniki, jakiś nietypowy przysmak z chlebka świętojańskiego) i skierowaliśmy się na plażę, na której czekały już na nas leżaki. Nie była to pogoda na wejście do wody, ale przyjemnie było wypocząć, patrząc na wodę i popijając średniej jakości alkohol.
Czas leciał nam bardzo szybko, aż słońce zaczynało powoli zachodzić. Stwierdziliśmy, że to dobry czas na obiad, więc wybraliśmy się do pobliskiej restauracji. Cypryjska kuchnia jest bardzo podobna do greckiej, więc menu było nam już znajome. Z Robertem zamówiliśmy sheftalia, czyli mięsne kiełbaski na kształt kotletów, podane z frytkami i surówką, a Paweł rybę z frytkami.
Najedliśmy się okrutnie, nie byliśmy w stanie zjeść całości, a cena obiadu była bardzo przystępna. Zadowoleni postanowiliśmy wrócić na plażę i jeszcze trochę poleżeć. To był bardzo przyjemny wieczór. Słońce zachodziło za horyzontem, jak zawsze pięknie odbijając się w tafli wody. Beztrosko. Dzień mógłby się nigdy nie kończyć.
No comments:
Post a Comment